Przy jednej świecy się modlę
bo łatwiej mi nastrój stworzyć
i lubię gdy cisza za oknem
pomaga mi słowa ułożyć.
W ciemności ćmy umierają
a ja po cichu siadam
i o zwyczajnych sprawach
z Bogiem – mym kumplem gadam;
Że siostra ma znów bachora,
a ja tylko nadzieję,
że sąsiad ma nową furę
że u mnie się nic nie dzieje.
Wosk wolno na obrus kapie
trzeba go będzie gdzieś schować
Bóg mnie za ramię wciąż łapie,
wartko płynie rozmowa.
A gdy już fajki się skończą
i Bóg kolejki omija
nad ranem zaczyna bełkotać:
że podle, że Jezus, Maryja!
Odpływa znów na obłoku
poprawia swą aureolę
i znów przez bity miesiąc
nie sprawdzi co u mnie – na dole.